Zakopiańskie rozmyślania

Zakopiańskie rozmyślania

„Pobłogosław Panie z wysokiego nieba, co by na tym stole nie zabrakło chleba! Nie zabrakło chleba, nie zabrakło gruli, ani tej miłości do naszej Matuli!” – śpiewają, jak Podhale długie i szerokie, górale przed każdym posiłkiem. A ja z chęcią dodałabym: „by nigdy nie zabrakło okazji do wspomnień”.

Zakopane od zawsze kojarzyło mi się z Giewontem, śpiącym rycerzem, znikającym w oknach odjeżdżającego ze stacji pociągu. I jeszcze z Krupówkami, na których można było kupić niemalże wszystko. Zakopane ma czar i urok, który pomimo tłumów turystów i niemałych „korków” na szlakach nie słabnie ani trochę. Pomimo nałożenia na sprzedających oscypki unijnych norm, określających co serkiem jest a co go jedynie naśladuje, nawet ten element góralskości jakoś przetrwał. Góralskie grzańce w chłodny dzień i zatopione we mgle szczyty chyba już nigdy nie opuszczą najgłębiej schowanej szuflady wspomnień.

A jesienne wędrówki dolinami? Te kolory, choć jesień w całej Polsce taka sama, są nie do powtórzenia. Takiego nasycenia barw nie znajdziecie nigdzie indziej. Nie mówiąc już o niezwykłych zwierzętach, jakie czekają na Was na szlaku. I te kwiaty… Latem każda łąka, hala, polana mieni się kolorami tysiąca niespotykanych nigdzie indziej barw. Poranne rosy, kładące się milionami maleńkich diamencików na soczyście zielonej trawie sprawiają, że wszystko to wygląda jakoś magicznie, nieziemsko. A jak się trafi na taką np. pajęczynę pokrytą rosą – coś pięknego!

W górach świt przychodzi nieco później. Słońce musi leniwie wyłonić się zza szczytów, przebić przez gęste bory i wcisnąć z mozołem swoje promienie w każdą, najciaśniejszą nawet szczelinę najgłębszej nawet doliny. Mówi się, że to uśmiech samego Pana Boga wita całe stworzenie. Kiedy taki promień padnie na twarz, ogrzeje, rozweseli, to aż chce się żyć! Słońce musi przegonić cienie nocy, zapędzić do nor zwierzęta, które zaczynają życie po zmierzchu. Słońce stoi na straży bezpiecznych wędrówek i raduje duszę.

Po południu słońce przypieka coraz bardziej i choć strumień szemrze kojąco gdzieś w gęstwinie, to skwar staje się rozleniwiający, senny, rozpraszający roztopionym w nim zapachem tysiąca ziół. Brzęczące pękate trzmiele, zwiewne kolorowe motyle i pracowite pszczoły uwijają się nad całym tym odurzającym koktajlem. Co rusz, ciszę zakłócają spadające ze szczytów z łoskotem kamienie. To zwinne kozice, spłoszone przenikliwym  gwizdaniem świstaków pną się szczytami do samego nieba. Cykające świerszcze zapraszają do poobiedniej drzemki i zwiastują nadchodzący, może zbyt szybko, wieczór.

Czas na ognisko. Sosnowe bale wesoło trzaskają, wznosząc do góry złociste iskry. Zdaje się, że trafiają one do samego nieba i osiadają na sklepieniu, rozbłyskując kolejno. Nic dziwnego, że gwiazd nie można policzyć... Ciszę przerywa na chwilę złowrogi pomruk – to niedźwiedzica wyruszyła na łowy. Po chwili wszystko cichnie, otulając nas coraz bardziej aksamitnym zmierzchem i mgłami. A mgły tatrzańskie są niezwykłe. Gęste niczym mleko, srebrzyste, jakby ściągnięte wprost z księżyca i zimne, jak najzimniejszy lód. Pohukiwanie sowy sprawia, że na plecach pojawiają się ciarki. Nieprzebyte mroki boru i wiatr, który raz po raz łamie gałęzie, każą dziękować, że kilka kroków dalej czeka na nas ciepłe łóżko.

Dogasające ognisko każe wracać do schroniska. Dzień się skończył. Niech letnia, nieco przydługa noc będzie łaskawa dla tych, co pozostali na szlakach. Dobranoc.

Kategoria: W regionalnym stylu

Kalendarz imprez « »