Smutna refleksja o niedzielnych turystach

Smutna refleksja o niedzielnych turystach

Przedziwne zachowania turystów na szlakach często śmieszą, ale jeszcze częściej skłaniają do głębszego zastanowienia się nad tym, czy aby na pewno wszyscy powinni mieć możliwość wędrówek po Tatrach. Ponadto – w takich chwilach powraca refleksja na temat obowiązkowych ubezpieczeń NW w górach.

Skąd takie przemyślenia? Z autopsji. Może i jeszcze kilka lat temu przeszło by tłumaczenie, że ktoś jest pierwszy raz w górach, że nie wie, jak się ubrać oraz jak się zachować (choć często to ostatnie zagadnienie pozostaje raczej kwestią kultury osobistej i zdrowego rozsądku). Bo nie było Internetu, sms-ów, rozmowy telefoniczne były drogie a i sprzęt turystyczny przekraczał możliwości budżetowe niejednego Kowalskiego. Ale dziś?!

Przykład sprzed kilku dni. Na dosyć łatwy szlak, ale nie pozbawiony kamienistych i stromych odcinków, miejscami ubezpieczony barierkami wybiera się kwiat polskiej młodzieży. Obowiązkowy strój – jeansy, buty, coś pomiędzy adidasami a półbutami, koszulki polo i obowiązkowa reklamówka z gazowaną zawartością chmielowego trunku. Krzyczą wniebogłosy, że oni już nie mogą, że tu zostają i dalej nie idą, przy okazji ledwo utrzymując się na nogach i zataczając (na pewno nie tylko ze śmiechu). Pomijając fakt, że jest godzina 15, mamy wrzesień a na wejście na szczyt i zejście z niego będą potrzebowali w takim stanie, o ile w ogóle dotrą, jakieś 4 godziny.

Drugi przykład – ten sam szlak, chwila po 14. Pod górę mozolnie pnie się para. Oboje w jeansach, pani – w obowiązkowym makijażu. Bluzeczka – jak na spotkanie w kawiarni, żadnych kurtek (sto metrów wyżej wieje jak w kieleckiem) na nogach – coś co raczej nadaje się jedynie do chodzenia po domu niż do wyjścia z niego. Tak zwane balerinki to „najlepsze”, co owa pani mogła ubrać na taką wycieczkę...

Wspomnę tylko, że na szlaku przy budkach, w których pracownicy TPN tak ochoczo sprzedają bilety widnieją sporych rozmiarów tabliczki z widocznym ostrzeżeniem o śliskich szlakach i zlecanym odpowiednim obuwiu. Biorąc pod uwagę, że sama kilka razy „przejechałam” po błocie ładnych kilkadziesiąt centymetrów w trekkingowych butach, mogę sobie tylko wyobrazić jak opisane powyżej osoby kończą urlop zapakowane w gips.

I na koniec – przykład trzeci. Szlak na jeden ze szczytów – dosyć kamienisty, ale mocno uczęszczany. Godzina – też mocno popołudniowa. Chyba tylko niedzielnym popołudniem można próbować usprawiedliwić fakt, że mijająca mnie, w powrotnej drodze ze szczytu pani, ma na nogach sandałki na sporej wysokości koturnie i wygląda raczej, jakby wybierała się na miejski deptak niż na wycieczkę w góry…

I jeszcze jedno – teren Parku Narodowego, to nie miejsce dla psów. Dziwi mnie ignorancja sprzedających bilety osób, które wpuszczają na szlaki czworonożnych pupili. Nie obchodzi mnie fakt, że piesek jest miły i nie gryzie. Przy wejściu na szlak jest zakaz? To należy go respektować.

Nasuwa mi się tylko jedna myśl – przy każdym początku szlaku powinni stać już chyba tylko goprowcy. I nie mieć litości – nie masz odpowiedniego obuwia, nie przestrzegasz przepisów – płacisz za ubezpieczenie, pokrywające ewentualne koszty akcji ratunkowej lub zawracasz.

Góry są dla wszystkich… No właśnie – dlatego chciałabym chodzić po nich bez lęku o to, że w każdej chwili mogę znaleźć się na drodze spadającego na mnie z powodu nieodpowiedniego obuwia lub zachowania „niedzielnego turysty”. A później – odpocząć w bukowiańskich termach. W ciszy, spokoju i z radością cieszyć oczy jednymi z najpiękniejszych krajobrazów polskich Tatr.

A Wy? Jakie "kwiatki" ze szlaków wspominacie najczęściej?

Kalendarz imprez « »