Kto ma owce, ten ma co chce

Kto ma owce, ten ma co chce

Tradycja wypasu owiec na Podhalu sięga odległych czasów. Zawód bacy przechodził z pokolenia na pokolenie a posiadanie stad gwarantowało utrzymanie rodziny i możliwość dostatniego życia.

Wypas odgrywał dużą rolę zwłaszcza w XIX wieku, kiedy zaczęto eksploatować Tatry, wykorzystując hale jako źródło wyżywienia dla zwierząt. Pojawiła się gospodarka szałaśnicza. Owce wyprowadzano na hale i polany w okresie wiosenno-jesiennym. Zbiorowy wypas przynosił wiele dobrego i na stałe wpisał się do podhalańskiej kultury. Taka praktyka budowała więzi rodzinne i sąsiedzkie oraz pozwalała stworzyć gospodarkę mleczną. Ponadto większa liczba stad na jednym obszarze nie zajmowała tak wielu osób – jeden pasterz mógł zaopiekować się nawet 50 owcami. Kiedy zaś potrzebne było koszarowanie (gnojenie) pola – można było użyźnić je właśnie za pomocą wypasu stada na jego terenie.

Jak dochodziło do wypasu? Grupa gospodarzy wynajmowała bacę. Ten z kolei miał do pomocy grupę pasterzy-juhasów. Byli to najczęściej krewni lub pracownicy, przygotowujący się do zawodu bacy.

Umowa z bacą odbywała się ustnie. Po trzech dniach wypasu przychodził czas na tzw. miarę w celu ustalenia wzajemnych świadczeń po zakończeniu sezonu. Każdy właściciel doił swoje owce, następnie przychodził do bacy, który zanurzał patyczek w mleku a jego poziom oznaczał kreską. Później rozszczepiał patyczek – jedną część zabierał a drugą oddawał właścicielowi. Kiedy ten przychodził po odbiór serów, odnajdywano odpowiedni patyczek. Później baca odważał 6-8 porcji wody i tyle sera, ile ona ważyła – dostawał gazda. W niesprzyjającym roku urządzano dodatkowe mierzenia – pierwsze – normalnie, drugie – po św. Janie a trzecie po 15 sierpnia. Dopiero po tym ustalano miarę sera dla gazdy. W XX wieku system wymiany śiadczeń zamieniono na oscypki.

Co się działo, kiedy owca ginęła? Jeśli znikała bezpowrotnie – baca płacił za nią lub ją odkupywał. Jeśli udało mu się zwrócić właścicielowi skórę (najlepiej także mięso) – nie pokrywał strat.

W Wielki Piątek obywało się znakowanie owiec, którym wycinano znacznik na uchu. Niechętnie wypasano młode owce, które nie dawały dużo mleka a potrzebowały sporo opieki. Za wypas krów natomiast baca otrzymywał wynagrodzenie jak za wypas 5 owiec.

Baca musiał także zgromadzić sprzęt potrzebny do prowadzenia gospodarki mlecznej. Wszystkie naczynia były drewniane, wierzono bowiem, że metal zmienia smak mleka.

Do połowy sierpnia owce były dojone 3 razy. Zaniechanie tego procesu mogło spowodować, że owca straci mleko. Na jednego bacę przypadało około 50 zwierząt. Po udoju zajmował się on wyrobem sera.

Do pomocy bacy potrzebni byli juhasi. Pozostawali oni na halach przez cały okres wypasu. Zdarzało się, że otrzymywali 1-2 dni wolnego. Jeśli chcieli zwolnić się na dłużej, musieli znaleźć zastępstwo. Oprócz oscypków, juhasi dostawali niekiedy w nagrodę także kierpce i ubrania.

Dziś tradycja wypasu przetrwała. Można również znaleźć miejsca, gdzie baca wyrabia oscypki i przyjrzeć się tej fascynującej pracy.

Przy okazji wizyty na Podhalu, np. w Bukowinie Tatrzańskiej warto dowiedzieć się, w którym miejscu spotkamy ten starodawny zwyczaj. Frajda dla całej rodziny – szczególnie dla najmłodszych.

Kategoria: W regionalnym stylu

Kalendarz imprez « »