Wielkanoc pod Tatrami - część pierwsza

Wielkanoc pod Tatrami - część pierwsza

Wielkanoc to najstarsze i najważniejsze święto, które upamiętnia Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Z obchodami związanych jest wiele zwyczajów ludowych, które jednak różnią się od tych, które kultywowane są po dziś dzień. Postanowiliśmy się zatem przyjrzeć, jak obchodzona jest Wielkanoc pod Tatrami, a opowiedział nam o tym Franciszek Chowaniec Suchowian z Bukowiny Tatrzańskiej, którego wspomnienia sięgają 93 wiosen wstecz…

- Najważniejsze było od zawsze święcenie pokarmów w Wielką Sobotę i przynoszenie do domu ognia w hubie - mówi 93-letni Pan Franciszek Chowaniec Suchowian, jeden z najstarszych mieszkańców Bukowiny Tatrzańskiej. - Z tym świyntym ogniem i hubą, łoblatywało się chałupe i gospodarkę trzy razy, okadzało się bydło, coby się dobrze darzyło - wspomina się Pan Franciszek.

- Dla mnie jako dziecka, była to spora uciecha. Ten dym z huby miał piykny zapach… - zamyślił się Suchowian. – Pamiyntom, jak pojawiły się w Bukowinie autobusy PKS-u. Wsiadalimy pod kościołem z tymi hubami, a wysiadalimy na Klinie. Zapach w autobusie był taki, ze dławiło syćkik. Szofer  ros nas tak pogonił, ze niewiedzielimy, kany wioć - śmieje się Pan Chowaniec.

- Co siy zaś tycy świyncynio, to robiło się kosołki (koszyczki – przyp.red.) i w Bukowinie wse kościół był zawalony. Nie ino bukowiany, ale i z Brzegów do nas się na świyncenie schodzili, czasem z Jurgowa. Przy Grobie Pańskim Związek Strzelecki pełnił służbę. Normalnie, z karabinami stoli. Komendant przychodził i szablą dawoł znak do zmiany warty. Potem ksiądz Łaciak, co od 1902 roku był proboscem na Bukowinie, zabronił tego stróżowania, no bo przeciy z karabinem przy Grobie Pańskim nie wypado - słyszymy w dalszej części opowieści.

A co z lanym poniedziałkiem, jak to wyglądało dawniej na Podhalu? - Hej, polewacka to dopiero była uciecha! - rozpromienił się Pan Franciszek. - Chodziło się do młodyk paniyn i polewało się wodą, bo na to było przyzwolenie. Natomiast ksiądz Fox nas ganił, bo denerwowało go to, że parafianie do kościoła w mokryk rzecach przychodzili. My jednak polewali zgodnie z tradycją - w nocy z niedzieli na poniedziałek. Jakoze spotkać nos mozno było wiecór, to godali o nos „Dziady śmigustne”. Jak się wybierało do dziewczyny, trza było mieć ze sobą flaske, żeby ojca dziywcyńcio uracyć. Bez tego nie sło nic zrobić - kończy Pan Franciszek, który doskonale pamięta, "jako to drzewiej na Podhalu bywało".

Kategoria: W regionalnym stylu

Kalendarz imprez « »